Gdyby ktoś 10, 15 lat temu powiedział mi, że przed 30. będę miała możliwość zobaczenia na żywo zespołu Queen i to w dodatku po raz trzeci, w życiu bym nie uwierzyła! A wczoraj właśnie tak się stało. I co tu dużo mówić, mam nadzieję, że nie był to ostatni raz!
Queen jest zespołem, który kochałam i słuchałam chyba
od zawsze. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie którą piosenkę usłyszałam jako
pierwszą, albo jakie jest moje pierwsze z nimi wspomnienie. Towarzyszą mi w
życiu odkąd się urodziłam. Jak to kiedyś napisałam w pewnym smsie…do pewnego pana…w
pewnym radiu ;) – ich muzyka jest soundtrackiem mojego życia. Pamiętam za to,
jak mając kilkanaście lat oglądałam w telewizji (wtedy jeszcze MTV było stacją
muzyczną) jakiś fragment ich koncertu, bodajże z Wembley. I było mi wówczas tak
straszliwie przykro, że nigdy nie będę miała okazji zobaczyć Freddie’go na
żywo. Tak strasznie żałowałam, że nie urodziłam się ze 20 lat wcześniej,
najlepiej w Londynie. Ten smutek i żal towarzyszyły mi za każdym razem, gdy
oglądałam koncertówki Queen. Nie mogłam wtedy przypuszczać, że namiastkę tej
królewskiej magii będzie mi dane zobaczyć już za parę lat…
Ich pierwszy koncert w Polsce, w ramach Rock in
Wrocław, był wielkim wydarzeniem! Bilety udało się zdobyć dzięki wspomnianemu
wcześniej ‘panu z radia’ (M., masz naszą dozgonną wdzięczność!). Cały festiwal
zapowiadał się fantastycznie, jak najprawdziwsza muzyczna uczta. Na przystawkę
energetyczni Power of Trinity, pierwsze danie to zwariowani nashville’owcy z
zespołu MONA, drugie danie składało się z hitów od zespołu IRA, no a deser był
iście królewski – wielkie Queen. To, co działo się w mojej głowie i sercu
przed, w trakcie i po koncercie zrozumieć mogą tylko Ci, którzy tam byli. Od
niepewności jak to będzie, bo przecież Adam to nie Freddie, przez absolutną,
totalną ekstazę w trakcie koncertu, aż po to jedyne w swoim rodzaju uczucie
szczęścia, jakie daje tylko i wyłącznie spełnione marzenie. To, co zadziało się
podczas tego koncertu było czystą magią. Adam sprawdził się fantastycznie,
Brian i Roger byli w fenomenalnej formie, a na telebimie pojawił się sam
Freddie. Tak, Freddie! Wiem, że to nie to samo, co zobaczyć, a przede wszystkim
usłyszeć go na żywo, ale…Jest to zdecydowanie dużo intensywniejsze wrażenie,
zobaczyć go w takiej formie, na stadionie podczas koncertu na żywo, niż z
ekranu komputera. Słyszałam różne opinie na ten temat, ale w moim odczuciu było
to wydarzenie na miarę wehikułu czasu. Były ciary, były łzy, była ogromna
radość. Było tak, jak być powinno.
Mając cały czas w pamięci wszystkie emocje z
Wrocławia, gdy ogłoszono koncert Queen w Krakowie w 2015 roku, nie
zastanawiałam się nawet trzech sekund nad kupnem biletu! I po raz kolejny się
nie zawiodłam. Koncert w Tauron Arenie był rewelacyjny! Piękna oprawa, jeszcze
lepszy wokal Adama, cała hala śpiewająca każde słowo – nie można było chcieć
niczego więcej! Możliwość słuchania największych hitów Królowej, szansa ponownego
zobaczenia Briana i Rogera w ‘akcji’ są warte każdych pieniędzy. I nie jest
istotne czy jest to Twój pierwszy raz, czy widziało się ich już wcześniej.
Wrażenia za każdym razem są równie silne!
Niespodziewanie, rok później, Darek Maciborek, pomysłodawca,
twórca i dyrektor Life Festival Oświęcim, ogłosił, że główną gwiazdą festiwalu
będzie zespół Queen. Wow! Długo myśleć nie musiałam. Skoro widziałam ich już
dwa razy, trzeci też muszę. Festiwal w Oświęcimiu jest dość niezwykły.
Stworzony z potrzeby serca i miłości do muzyki, z roku na rok przyciąga do tego
niewielkiego małopolskiego miasta z ogromną historią coraz większe gwiazdy, a
co za tym idzie coraz większe tłumy ludzi. Wiadomo było, że Queen zgromadzi na
stadionie MOSiR rzesze fanów. I tak się stało. Bilety się wyprzedały, pod sceną
był komplet.
Nakręcanie przed koncertem zaczęłam już w domu. Taki
mój mały rytuał. Od rana w głośnikach brzmiał Freddie. Takie małe preludium
przed wieczorem. Godziny płynęły sobie spokojnie, a u mnie powoli wzmagało się
to niepowtarzalne uczucie podniecenia nadchodzącym koncertem. No a jak koncert,
to i koncertowa ekipa. Przez te wszystkie lata zebrała się dość pokaźna, ale akurat
wczoraj była mocno okrojona. Brakowało kilku osób, bez których pewne emocje nie
są możliwe, ale takie jest życie. Pomimo okrojonego składu, było jednak
rewelacyjnie (A. & A. dziękuję za wspaniały wieczór!).
Koncerty na LFO zaczęły się dużo wcześniej, ale my dojechałyśmy
na miejsce akurat tak, żeby zdążyć na Perfect i Queen. Ekipa Grzegorza
Markowskiego to dla mnie jeden z ukochanych polskich zespołów. Ich piosenki też
zawsze gdzieś tam brzmiały w moim życiu, mam więc ogromny sentyment do
Perfectu. Pomimo tylu już lat na scenie muzycznej, ich koncerty wciąż są
niesamowicie energetyczne! Setlista składała się z ich największych hitów,
takich jak "Bla, bla, bla", "Lokomotywa z ogłoszenia", "Autobiografia", czy "Nie
płacz Ewka", ale też z nowszych piosenek, np. "Wszystko ma swój czas". Na mnie
największe wrażenie zrobiła oczywiście "Autobiografia" i niesamowicie
emocjonalni "Niepokonani". Był to przepiękny wstęp do tego, co miało zacząć się
punktualnie o godzinie 23. Jedynym naszym zmartwieniem było to, że w trakcie
koncertu zespołu Perfect w zasadzie nikt się nie bawił, nie śpiewał, nie
cieszył. No ale tak to już chyba jest na festiwalowych koncertach. Nie każdy
przychodzi na nie, żeby celebrować piękno muzyki. Na całe szczęście na koncercie
Queen udało nam się znaleźć w otoczeniu ludzi rozumiejących po co się tam
znaleźli.
Punktualnie o godzinie 23. Na telebimach pojawił się
filmik z backstage’owej ‘rozgrzewki’ zespołu. Krzyki, brawa i piski wypełniły
stadion w Oświęcimiu. Pierwsze dźwięki "One Vision" podziałały jak zapalenie
lontu w dynamicie, a gdy wielka płachta z logo Queen opadła, a na scenie
pojawili się Brian, Roger i Adam, nastąpił wielki wybuch! Każdy kto czekał na
ten moment z utęsknieniem dał się ponieść muzyce i energii płynącej ze sceny.
Nawet pogoda postanowiła dołożyć swoje trzy grosze. Od samego początku koncertu
padało, a deszcz lecący z nieba zdawał się zwiększać swoją intensywność z każdą
kolejną piosenką ;) No a było tego trochę! Kto jak kto, ale Queen mają same
hity. Było więc "Hammer to Fall", "Seven Seas of Rhye", fantastyczne "Stone Cold
Crazy", przy którym jak zawsze tańczy się świetnie! Nie było nawet chwili
wytchnienia, bo zaraz zabrzmiały pierwsze dźwięki "Fat Bottom Girls", a później "Play the Game". W między czasie Adam pięknie się z nami przywitał, jak zawsze
podkreślając, że czuje się zaszczycony móc dzielić scenę z legendami rocka –
Brianem Mayem i Rogerem Taylorem. No i oczywiście padło nieśmiertelne zdanie ‘Freddie
Mercury był, jest i będzie jedyny i niepowtarzalny’. Po trzech koncertach Queen+Adam
Lambert mogę z całym przekonaniem stwierdzić, że nie są to kurtuazyjne słowa.
Adam absolutnie nie stara się podrobić Freddie’go, bo tego zrobić się po prostu
nie da. Jest sobą, czyli niezwykle utalentowanym i charyzmatycznym wokalistą,
któremu dane jest uczestniczyć w niezwykłym projekcie. Projekcie, który
sprawia, że muzyka Queen jest i będzie nieśmiertelna, i dzięki któremu można
spokojnie wychowywać kolejne pokolenia fanów tej brytyjskiej kapeli.
Gdy na scenie pojawia się wielki fotel (lub kanapa,
jak w Krakowie), to znak, że za chwilę zacznie się "Killer Queen". Jedni
powiedzą, że ciut przerysowana, ja powiem, że pięknie oprawiona. Adam w butach
na wielkich koturnowych obcasach, mocno wchodzi w rolę zabójczej królowej wijąc
się na fotelu. I ta jego mimika :) Dla mnie – bomba! A zaraz po tym trochę teatralnym
momencie, wszyscy śpiewają "I Want to Break Free", by po chwili, na usilne
prośby Adama, znaleźć mu "Somebody to Love" :D I tu dla mnie kończy się
pierwsza część koncertu, ta luźniejsza, uśmiechnięta, beztroska. W momencie,
gdy Brian wychodzi z gitarą na środek, siada na krześle, ja już wiem, że za
chwilę będą łzy. Piękne przywitanie w języku polskim (z każdym koncertem idzie
mu to coraz lepiej!), tradycyjne selfie, a właściwie to chyba rzut okiem kamerą
gopro i już przebiegają mnie ciarki po plecach. Brian prosi o pomoc w
śpiewaniu, o zaśpiewanie następnej piosenki z dedykacją dla Freddie’go.
Pierwsze dźwięki "Love of My Life", pierwsze słowa…zamykam oczy i wiem, że to
jest ten najpiękniejszy moment koncertu. Za chwilę na telebimach pojawia się sam
wielki, najcudowniejszy na świecie Mercury i śpiewa kilka wersów tak, jak tylko
on to potrafi. Łzy same ciekną, mieszają się z deszczem, który nieustająco
płynie z nieba. Już po raz trzeci świat się zatrzymuje, jest się samemu z
muzyką, z tymi pięknymi, choć smutnymi słowami. Jeden z tych momentów, które
trwają krótko, ale zostają na długo. Do Briana dołącza Roger i wyśpiewuje "These
Are the Days of Our Lives", jest pięknie. Chwilę później na środkowym telebimie
pojawia się David Bowie, a Brian mówi, że następna piosenka będzie dla tego
wielkiego artysty. No brak słów…znów łezka się zakręciła w oku! "Under Pressure"
jeszcze nigdy nie brzmiało tak emocjonalnie, jak wczoraj!!! Wielkie brawa!
Minuty upływają, natężenie deszczu się nie zmniejsza, a w tłumie cały czas
szaleństwo…"Crazy Little Thing Called Love", "Don’t Stop Me Now", "Another One
Bites the Dust" płyną ze sceny do publiki i z powrotem. Wszyscy śpiewają! Przy "I
Want It All" każdy daje z siebie 200% energii i mocy, jakby chciał wykrzyczeć
jakiejś niewidzialnej osobie, że będzie zawsze walczył o swoje. Chwila
uspokojenia przychodzi wraz z pierwszymi dźwiękami "Who Wants to Live Forever".
Ta piosenka zawsze miała wielką moc, ale akurat wczoraj, akurat w Oświęcimiu,
kilkanaście dni po masakrze w Orlando, miałam wrażenie, że stała się hymnem
tego festiwalu. Niezwykłość tej piosenki została podkreślona przepięknym
pokazem laserowym. Srebrno-fioletowe światło przepięknie przecięło czarną
przestrzeń nad głowami publiczności. Patrzyliśmy na to jak urzeczeni,
zwłaszcza, że padający deszcz sprawiał, że pięknie to wszystko migotało. Znów
łzy popłynęły po policzkach…"Last Horizon" zakończone zostało rewelacyjną, jak
zawsze, solówką Briana, choć akurat wczoraj wydawała mi się za długa…ale to na
pewno przez ten deszcz, który dawał się nam już mocno we znaki. Zapomnienie o niedogodnościach
przyszło jednak szybko. "Tie Your Mother Down" znów rozruszało wszystkich i
przygotowało do tego, co miało nastąpić za chwilkę. "Bohemian Rhapsody" to w
końcu taka piosenka, którą znają absolutnie wszyscy – niezależnie od tego czy
lubią Queen, czy też nie. Słuchanie jej na żywo jest absolutnym spełnieniem
marzeń! W dodatku znów na telebimach towarzyszy nam Freddie…a mnie towarzyszą
łzy. Ten facet mnie kiedyś wykończy ;) I tak, to kolejny moment z cyklu ‘zamykam
oczy, jestem i nic innego nie istnieje’. Emocje jeszcze nie zdążyły opaść, a
już trzeba się szykować do wyklaskania "Radio Ga Ga". I tak kończy się główna część koncertu. Chwila
przerwy, oddechu, by na koniec dać się zwariować! No bo co może wybrzmieć na
koniec, jak nie stadionowe hymny: "We Will Rock You" i "We Are the Champions".
Wyśpiewane, a może nawet wykrzyczane przez te zmoknięte tłumy! Na samiuteńki
koniec ‘God Save the Queen’, wśród ludzi kilkadziesiąt narodowych flag, piękne
pożegnanie najcudowniejszego zespołu na świecie! I tak, w strugach deszczu, z
uśmiechami na twarzach, radością w sercu i przemoczonymi ciuchami, zakończyła
się kolejna przygoda z ekipą Queen. Był to trzeci raz, trzeci wspaniały koncert
i mam nadzieję, że nie ostatni. Dziękuję i do zobaczenia muzyczni czarodzieje…
Uwielbiam być na koncercie, siedząc w domu :)
OdpowiedzUsuń