poniedziałek, 20 czerwca 2016

KRÓLOWA JEST TYLKO JEDNA, A FREDDIE WCIĄŻ ŻYJE




          Gdyby ktoś 10, 15 lat temu powiedział mi, że przed 30. będę miała możliwość zobaczenia na żywo zespołu Queen i to w dodatku po raz trzeci, w życiu bym nie uwierzyła! A wczoraj właśnie tak się stało. I co tu dużo mówić, mam nadzieję, że nie był to ostatni raz!

Queen jest zespołem, który kochałam i słuchałam chyba od zawsze. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie którą piosenkę usłyszałam jako pierwszą, albo jakie jest moje pierwsze z nimi wspomnienie. Towarzyszą mi w życiu odkąd się urodziłam. Jak to kiedyś napisałam w pewnym smsie…do pewnego pana…w pewnym radiu ;) – ich muzyka jest soundtrackiem mojego życia. Pamiętam za to, jak mając kilkanaście lat oglądałam w telewizji (wtedy jeszcze MTV było stacją muzyczną) jakiś fragment ich koncertu, bodajże z Wembley. I było mi wówczas tak straszliwie przykro, że nigdy nie będę miała okazji zobaczyć Freddie’go na żywo. Tak strasznie żałowałam, że nie urodziłam się ze 20 lat wcześniej, najlepiej w Londynie. Ten smutek i żal towarzyszyły mi za każdym razem, gdy oglądałam koncertówki Queen. Nie mogłam wtedy przypuszczać, że namiastkę tej królewskiej magii będzie mi dane zobaczyć już za parę lat…

Ich pierwszy koncert w Polsce, w ramach Rock in Wrocław, był wielkim wydarzeniem! Bilety udało się zdobyć dzięki wspomnianemu wcześniej ‘panu z radia’ (M., masz naszą dozgonną wdzięczność!). Cały festiwal zapowiadał się fantastycznie, jak najprawdziwsza muzyczna uczta. Na przystawkę energetyczni Power of Trinity, pierwsze danie to zwariowani nashville’owcy z zespołu MONA, drugie danie składało się z hitów od zespołu IRA, no a deser był iście królewski – wielkie Queen. To, co działo się w mojej głowie i sercu przed, w trakcie i po koncercie zrozumieć mogą tylko Ci, którzy tam byli. Od niepewności jak to będzie, bo przecież Adam to nie Freddie, przez absolutną, totalną ekstazę w trakcie koncertu, aż po to jedyne w swoim rodzaju uczucie szczęścia, jakie daje tylko i wyłącznie spełnione marzenie. To, co zadziało się podczas tego koncertu było czystą magią. Adam sprawdził się fantastycznie, Brian i Roger byli w fenomenalnej formie, a na telebimie pojawił się sam Freddie. Tak, Freddie! Wiem, że to nie to samo, co zobaczyć, a przede wszystkim usłyszeć go na żywo, ale…Jest to zdecydowanie dużo intensywniejsze wrażenie, zobaczyć go w takiej formie, na stadionie podczas koncertu na żywo, niż z ekranu komputera. Słyszałam różne opinie na ten temat, ale w moim odczuciu było to wydarzenie na miarę wehikułu czasu. Były ciary, były łzy, była ogromna radość. Było tak, jak być powinno.

Mając cały czas w pamięci wszystkie emocje z Wrocławia, gdy ogłoszono koncert Queen w Krakowie w 2015 roku, nie zastanawiałam się nawet trzech sekund nad kupnem biletu! I po raz kolejny się nie zawiodłam. Koncert w Tauron Arenie był rewelacyjny! Piękna oprawa, jeszcze lepszy wokal Adama, cała hala śpiewająca każde słowo – nie można było chcieć niczego więcej! Możliwość słuchania największych hitów Królowej, szansa ponownego zobaczenia Briana i Rogera w ‘akcji’ są warte każdych pieniędzy. I nie jest istotne czy jest to Twój pierwszy raz, czy widziało się ich już wcześniej. Wrażenia za każdym razem są równie silne!

Niespodziewanie, rok później, Darek Maciborek, pomysłodawca, twórca i dyrektor Life Festival Oświęcim, ogłosił, że główną gwiazdą festiwalu będzie zespół Queen. Wow! Długo myśleć nie musiałam. Skoro widziałam ich już dwa razy, trzeci też muszę. Festiwal w Oświęcimiu jest dość niezwykły. Stworzony z potrzeby serca i miłości do muzyki, z roku na rok przyciąga do tego niewielkiego małopolskiego miasta z ogromną historią coraz większe gwiazdy, a co za tym idzie coraz większe tłumy ludzi. Wiadomo było, że Queen zgromadzi na stadionie MOSiR rzesze fanów. I tak się stało. Bilety się wyprzedały, pod sceną był komplet.
Nakręcanie przed koncertem zaczęłam już w domu. Taki mój mały rytuał. Od rana w głośnikach brzmiał Freddie. Takie małe preludium przed wieczorem. Godziny płynęły sobie spokojnie, a u mnie powoli wzmagało się to niepowtarzalne uczucie podniecenia nadchodzącym koncertem. No a jak koncert, to i koncertowa ekipa. Przez te wszystkie lata zebrała się dość pokaźna, ale akurat wczoraj była mocno okrojona. Brakowało kilku osób, bez których pewne emocje nie są możliwe, ale takie jest życie. Pomimo okrojonego składu, było jednak rewelacyjnie (A. & A. dziękuję za wspaniały wieczór!).
Koncerty na LFO zaczęły się dużo wcześniej, ale my dojechałyśmy na miejsce akurat tak, żeby zdążyć na Perfect i Queen. Ekipa Grzegorza Markowskiego to dla mnie jeden z ukochanych polskich zespołów. Ich piosenki też zawsze gdzieś tam brzmiały w moim życiu, mam więc ogromny sentyment do Perfectu. Pomimo tylu już lat na scenie muzycznej, ich koncerty wciąż są niesamowicie energetyczne! Setlista składała się z ich największych hitów, takich jak "Bla, bla, bla", "Lokomotywa z ogłoszenia", "Autobiografia", czy "Nie płacz Ewka", ale też z nowszych piosenek, np. "Wszystko ma swój czas". Na mnie największe wrażenie zrobiła oczywiście "Autobiografia" i niesamowicie emocjonalni "Niepokonani". Był to przepiękny wstęp do tego, co miało zacząć się punktualnie o godzinie 23. Jedynym naszym zmartwieniem było to, że w trakcie koncertu zespołu Perfect w zasadzie nikt się nie bawił, nie śpiewał, nie cieszył. No ale tak to już chyba jest na festiwalowych koncertach. Nie każdy przychodzi na nie, żeby celebrować piękno muzyki. Na całe szczęście na koncercie Queen udało nam się znaleźć w otoczeniu ludzi rozumiejących po co się tam znaleźli.



Punktualnie o godzinie 23. Na telebimach pojawił się filmik z backstage’owej ‘rozgrzewki’ zespołu. Krzyki, brawa i piski wypełniły stadion w Oświęcimiu. Pierwsze dźwięki "One Vision" podziałały jak zapalenie lontu w dynamicie, a gdy wielka płachta z logo Queen opadła, a na scenie pojawili się Brian, Roger i Adam, nastąpił wielki wybuch! Każdy kto czekał na ten moment z utęsknieniem dał się ponieść muzyce i energii płynącej ze sceny. Nawet pogoda postanowiła dołożyć swoje trzy grosze. Od samego początku koncertu padało, a deszcz lecący z nieba zdawał się zwiększać swoją intensywność z każdą kolejną piosenką ;) No a było tego trochę! Kto jak kto, ale Queen mają same hity. Było więc "Hammer to Fall", "Seven Seas of Rhye", fantastyczne "Stone Cold Crazy", przy którym jak zawsze tańczy się świetnie! Nie było nawet chwili wytchnienia, bo zaraz zabrzmiały pierwsze dźwięki "Fat Bottom Girls", a później "Play the Game". W między czasie Adam pięknie się z nami przywitał, jak zawsze podkreślając, że czuje się zaszczycony móc dzielić scenę z legendami rocka – Brianem Mayem i Rogerem Taylorem. No i oczywiście padło nieśmiertelne zdanie ‘Freddie Mercury był, jest i będzie jedyny i niepowtarzalny’. Po trzech koncertach Queen+Adam Lambert mogę z całym przekonaniem stwierdzić, że nie są to kurtuazyjne słowa. Adam absolutnie nie stara się podrobić Freddie’go, bo tego zrobić się po prostu nie da. Jest sobą, czyli niezwykle utalentowanym i charyzmatycznym wokalistą, któremu dane jest uczestniczyć w niezwykłym projekcie. Projekcie, który sprawia, że muzyka Queen jest i będzie nieśmiertelna, i dzięki któremu można spokojnie wychowywać kolejne pokolenia fanów tej brytyjskiej kapeli.


Gdy na scenie pojawia się wielki fotel (lub kanapa, jak w Krakowie), to znak, że za chwilę zacznie się "Killer Queen". Jedni powiedzą, że ciut przerysowana, ja powiem, że pięknie oprawiona. Adam w butach na wielkich koturnowych obcasach, mocno wchodzi w rolę zabójczej królowej wijąc się na fotelu. I ta jego mimika :) Dla mnie – bomba! A zaraz po tym trochę teatralnym momencie, wszyscy śpiewają "I Want to Break Free", by po chwili, na usilne prośby Adama, znaleźć mu "Somebody to Love" :D I tu dla mnie kończy się pierwsza część koncertu, ta luźniejsza, uśmiechnięta, beztroska. W momencie, gdy Brian wychodzi z gitarą na środek, siada na krześle, ja już wiem, że za chwilę będą łzy. Piękne przywitanie w języku polskim (z każdym koncertem idzie mu to coraz lepiej!), tradycyjne selfie, a właściwie to chyba rzut okiem kamerą gopro i już przebiegają mnie ciarki po plecach. Brian prosi o pomoc w śpiewaniu, o zaśpiewanie następnej piosenki z dedykacją dla Freddie’go. Pierwsze dźwięki "Love of My Life", pierwsze słowa…zamykam oczy i wiem, że to jest ten najpiękniejszy moment koncertu. Za chwilę na telebimach pojawia się sam wielki, najcudowniejszy na świecie Mercury i śpiewa kilka wersów tak, jak tylko on to potrafi. Łzy same ciekną, mieszają się z deszczem, który nieustająco płynie z nieba. Już po raz trzeci świat się zatrzymuje, jest się samemu z muzyką, z tymi pięknymi, choć smutnymi słowami. Jeden z tych momentów, które trwają krótko, ale zostają na długo. Do Briana dołącza Roger i wyśpiewuje "These Are the Days of Our Lives", jest pięknie. Chwilę później na środkowym telebimie pojawia się David Bowie, a Brian mówi, że następna piosenka będzie dla tego wielkiego artysty. No brak słów…znów łezka się zakręciła w oku! "Under Pressure" jeszcze nigdy nie brzmiało tak emocjonalnie, jak wczoraj!!! Wielkie brawa! Minuty upływają, natężenie deszczu się nie zmniejsza, a w tłumie cały czas szaleństwo…"Crazy Little Thing Called Love", "Don’t Stop Me Now", "Another One Bites the Dust" płyną ze sceny do publiki i z powrotem. Wszyscy śpiewają! Przy "I Want It All" każdy daje z siebie 200% energii i mocy, jakby chciał wykrzyczeć jakiejś niewidzialnej osobie, że będzie zawsze walczył o swoje. Chwila uspokojenia przychodzi wraz z pierwszymi dźwiękami "Who Wants to Live Forever". Ta piosenka zawsze miała wielką moc, ale akurat wczoraj, akurat w Oświęcimiu, kilkanaście dni po masakrze w Orlando, miałam wrażenie, że stała się hymnem tego festiwalu. Niezwykłość tej piosenki została podkreślona przepięknym pokazem laserowym. Srebrno-fioletowe światło przepięknie przecięło czarną przestrzeń nad głowami publiczności. Patrzyliśmy na to jak urzeczeni, zwłaszcza, że padający deszcz sprawiał, że pięknie to wszystko migotało. Znów łzy popłynęły po policzkach…"Last Horizon" zakończone zostało rewelacyjną, jak zawsze, solówką Briana, choć akurat wczoraj wydawała mi się za długa…ale to na pewno przez ten deszcz, który dawał się nam już mocno we znaki. Zapomnienie o niedogodnościach przyszło jednak szybko. "Tie Your Mother Down" znów rozruszało wszystkich i przygotowało do tego, co miało nastąpić za chwilkę. "Bohemian Rhapsody" to w końcu taka piosenka, którą znają absolutnie wszyscy – niezależnie od tego czy lubią Queen, czy też nie. Słuchanie jej na żywo jest absolutnym spełnieniem marzeń! W dodatku znów na telebimach towarzyszy nam Freddie…a mnie towarzyszą łzy. Ten facet mnie kiedyś wykończy ;) I tak, to kolejny moment z cyklu ‘zamykam oczy, jestem i nic innego nie istnieje’. Emocje jeszcze nie zdążyły opaść, a już trzeba się szykować do wyklaskania "Radio Ga Ga". I tak kończy się główna część koncertu. Chwila przerwy, oddechu, by na koniec dać się zwariować! No bo co może wybrzmieć na koniec, jak nie stadionowe hymny: "We Will Rock You" i "We Are the Champions". Wyśpiewane, a może nawet wykrzyczane przez te zmoknięte tłumy! Na samiuteńki koniec ‘God Save the Queen’, wśród ludzi kilkadziesiąt narodowych flag, piękne pożegnanie najcudowniejszego zespołu na świecie! I tak, w strugach deszczu, z uśmiechami na twarzach, radością w sercu i przemoczonymi ciuchami, zakończyła się kolejna przygoda z ekipą Queen. Był to trzeci raz, trzeci wspaniały koncert i mam nadzieję, że nie ostatni. Dziękuję i do zobaczenia muzyczni czarodzieje…